rocznica …

            4 lata … 1460 dni … 35047 godzin (już) … a mnie się wydaje jakbym przed chwilą jeszcze trzymała Go za rękę. Wiele razy już tu pewnie powtarzałam, że według mnie wszystko dzieje się po coś, z jakiegoś powodu … do tej pory nie wiem po co umarł mój Mąż. Jaki zamysł miał los (?), Bóg (?), samo życie (?) odbierając mi Go? Realizacją czyjego planu była Jego śmierć? Komu przeszkadzał na tym padole, że trzeba było Go stąd usunąć? Nie zastanawiam się w tej chwili czy te wszystkie pytania mają jakikolwiek sens, czy są logiczne. Siedzą dziś w mojej głowie, więc je tu uwolniłam.

            Dzisiaj sobie odpuszczam wszelkie napinania się, strofowania samej siebie za brak siły … dzisiaj nie mam siły … dzisiaj w ogóle nie muszę być silna. Dzisiaj po prostu jestem wdową i daję upust cierpieniu. Nie, nie celebruję … zwyczajnie poddaję się wszelkim myślom, wspomnieniom i mimo, że nie ma Go tu przy mnie fizycznie, jestem Jego … jestem dla Niego. Niech się samo myśli, niech się sobie samo dzieje cokolwiek … jestem otwarta na wszystko. Nie oglądam dziś zdjęć (oglądałam je parę dni temu), bo właśnie nie celebruję. Byłam na mszy, na którą się spóźniłam przez kogoś, dla kogo ten dzień nie był wcale tak ważny jak dla mnie (w sumie nie musiał) i podczas której ksiądz tylko raz wymienił imię mego Męża, bo cały był skupiony kompletnie na czymś innym, pomimo iż zapłaciłam za mszę w intencji Niunia w czwartą rocznicę Jego śmierci (staram się być ponad to) … potem byłam na cmentarzu … zawiozłam Mu róże i zapaliłam zniczyki … nie powstrzymywałam łez spływających po twarzy … widocznie miały płynąć, przecież nie zawsze płaczę gdy jestem na cmentarzu.

            Boli … boli puste miejsce przy stole i w naszym wielkim łóżku, boli milczący telefon, brak głosu (przede wszystkim śmiechu), zapachu, dotyku … I cóż z tego, że minęły 4 lata? Przecież to niczego nie zmienia, nadal odczuwam ten brak. Nie zarzekam się, że tak będzie zawsze, chociaż czasem zastanawiam się czy rzeczywiście zawsze już tak będzie. Nie wiem co jeszcze przede mną (w odróżnieniu od tego co za mną), co przyniesie mi los. Jak się potoczy dalej życie wdowy, którą się stałam 4 lata temu? Dzisiaj jestem wdową, która „przed chwilą” zamknęła oczy swemu Mężowi :( . Tak się czuję … widocznie tak ma być.

Ten wpis został opublikowany w kategorii ... wdową być i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „rocznica …

  1. ~Basia pisze:

    Iwuszko przytulam mocno.
    Podczytuje Twoj blog. Czasem czytanie mi pomaga. Ja tez jestem wdowa.
    Od 10 miesiecy. I tez boli. Jeszcze jak! Codziennie placze i duzo mysle o mezu.
    I tak ogromnie tesknie za moim mezem. Za jeden maly uscisk oddala bym wszystko co tylko mam…..

    • iwuszka pisze:

      … 10 miesięcy … kochana moja Basiu, jesteś jeszcze na początku drogi zwanej wdowieństwem (ohydny termin!) … nie przeżyłaś jeszcze wszystkich „pierwszych razów bez” … dokładnie wiem co czujesz i bardzo Ci współczuję …
      … zauważyłam właśnie, że pisałaś pod koniec listopada ubiegłego roku, być może więc masz już za sobą pierwszą rocznicę, która tak naprawdę niczego nie zmienia (przynajmniej dla mnie nie zmienia każda kolejna :( … nadal Go nie ma, a ja jestem NICZYJA )
      … z czasem ból przestaje być taki dotkliwy, ale nie znika zupełnie … w tym roku w listopadzie minie 5 lat odkąd zostałam sama, a nadal boli … nie znaczy to jednak, że u Ciebie też tak będzie … być może uda Ci się szybciej podnieść …
      … z całego serca życzę Ci siły kochana Basiu … wszystkie etapy żałoby przerób po swojemu i nie pozwól nikomu aby Cię w tym poganiał … bo żałoba to bardzo indywidualna sprawa … pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>