ul. Żurawia … szpital … ostatni przystanek na drodze życia mego Niunia …

Byłam dziś na Żurawiej … jak co roku. Gdzieś tak w połowie listopada zaczynam odczuwać tę nieodpartą wręcz potrzebę aby tam pojechać. Dlaczego? Nie wiem. Nie potrafię tego wytłumaczyć. To tak, jakbym musiała zamknąć jakiś kolejny rozdział mego życia (a może raczej podrozdział). Już wcześniej zaplanowałam sobie, że to będzie właśnie dziś. Od rana byłam jakaś roztrzepana, nieprzytomna … i bardzo smutna :( . Czułam się tak, jakby ktoś na klatce piersiowej położył mi betonową płytę … brakowało mi powietrza … łapałam je wielkimi haustami jak ryba wyrzucona na brzeg. Czasami tak mam.

Poprosiłam moją kochaną siostrę aby zawiozła mnie dziś na Żurawią. Mogłam pojechać tam sama, ale nie chciałam. Już w drodze czułam jak łzy cisną mi się do oczu … uwolniłam je jak już byłyśmy na miejscu. Znajomy budynek, parking, schodki, wejście … i to okno, za którym zobaczyłam poręcz łóżka (może to było to samo łóżko, na którym odszedł mój Niuń?). Lawina wspomnień runęła na mnie tak nagle, że aż się zachwiałam. Zapaliłam papierosa. I. mówiła coś o mężu swojej koleżanki z pracy (być może aby wyrwać mnie trochę z tej lawiny) … nie wsłuchiwałam się za bardzo. Byłam „gdzie indziej” … :( .

W pierwszym roku żałoby najpierw pojechałam na ul. Ogrodową … tam woziłam Niunia na kolejne chemie. MUSIAŁAM tam pojechać. Pamiętam jak szłam przez długi korytarz tak dobrze mi znany … powoli … szczególna atmosfera i to coś, co czułam chyba tylko TAM … zapach śmierci. Poszłam na pergolę, gdzie siadywaliśmy z Niuniem aby porozmawiać sobie, porozwiązywać razem krzyżówki albo po prostu pomilczeć trzymając się za ręce. Usiadłam, zamknęłam oczy i starałam się przypomnieć sobie wszystkie chwile, które spędziliśmy wspólnie z Niuniem w tym znienawidzonym przez Niego szpitalu. Łzy płynęły mi z oczu nieprzerwanie. Nie pamiętam ile czasu tam siedziałam … godzinę? … dłużej? Czasami wchodził tam jakiś pacjent aby zapalić papierosa stojąc przy otwartym oknie. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, nikt o nic pytał. I dobrze.

Na Ogrodowej byłam tylko jeden jedyny raz (latem) … na Żurawią jeżdżę co roku (w połowie listopada). Wczoraj minęły 3 lata od dnia gdy z Ogrodowej przewieziono Niunia na Żurawią. To był piątek … w nocy z poniedziałku na wtorek odetchnął po raz ostatni :( .

Przede mną kolejna rocznica. Każda jest inna. Intensywność bólu maleje z czasem, ale OGROMNA STRATA na zawsze pozostanie OGROMNĄ STRATĄ. To się nie zmieni. Poczucie samotności (czytaj: WDOWIEJ SAMOTNOŚCI, a nie samotności w ogóle!), braku przynależności (ja – NICZYJA), marne poczucie bezpieczeństwa … to wszystko nadal we mnie tkwi. Czy kiedyś minie? Nie wiem :( .

Ten wpis został opublikowany w kategorii ... wdową być i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „ul. Żurawia … szpital … ostatni przystanek na drodze życia mego Niunia …

  1. ~Jola pisze:

    Iwuszka
    Nie wiem czy czytałaś książkę Kena Wilbera „Śmiertelni nieśmiertelni”. Jeśli nie to szczerze zachęcam…Ja właśnie przeczytałam po raz drugi,po kilkunastu latach. Nadal niesamowicie piękna. Jest w niej taki cytat Kena:
    „Prawdziwa miłość rani, prawdziwa miłość sprawia, że jesteś całkowicie bezbronny i otwarty, prawdziwa miłość wynosi cię poza ciebie samego i dlatego prawdziwa miłość cię niszczy. Ciągle sobie powtarzałem: jeśli miłość cię nie niszczy, to nie znasz miłości”.

    Cóż-My poznałyśmy prawdziwą miłość-tą jedyną na całą wieczność.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>